Jerzy Borowczak wspomina Macieja Płażyńskiego

Zbliża się Święto Zmarłych. Z tej okazji chciałbym wspomnieć o moim przyjacielu, który do końca pozostał wierny swoim przekonaniom. Bez względu na polityczne korzyści, Maciej Płażyński, zawsze postępował zgodnie z własnym sumieniem. Może dlatego w pewnym momencie wypadł z wielkiej polityki. Może dlatego, wielokrotnie szedł „pod prąd”. Pracowaliśmy razem w „Świetliku” i spotykaliśmy się często prywatnie, w gronie rodzinnym. Później, gdy przytłaczał go ogrom obowiązków, Maciej miał coraz mniej czasu na przyjemności. Cierpiała na tym Jego rodzina, bo cały czas nie było go w domu. Zawsze jednak miał czas dla zwykłych ludzi.

Macieja poznałem podczas strajku na Uniwersytecie Gdańskim w 1981 roku. Pojechałem na uniwerek, rozgrzany i rozemocjonowany strajkiem w stoczni. Gdy przedstawiono mnie przewodniczącemu komitetu strajkowego – Maciejowi Płażyńskiemu – byłem zdruzgotany. Nie docierało do mnie, jak strajkiem mógł kierować ktoś tak spokojny i rzeczowy. Maciek bez emocji mówił o strajku, o postulatach… U nas w stoczni, strajkiem kierowali „fighterzy” – Wałęsa, Borusewicz, Borowczak. A tu ktoś taki… Ale dopiero po czasie zrozumiałem, że powierzenie Mu roli lidera strajku było niezwykłą mądrością. Tylko ktoś taki, jak On mógł zapanować nad rozemocjonowanym tłumem. Tylko On mógł powstrzymać w ryzach takich „pistoletów”, jak Leszek Biernacki, Marek Kotlarz, Marek Sadowski czy Prędota. Maciej był również osobą wiarygodną dla władz uczelni, gdy przedstawiał postulaty strajkujących.

Zawsze cieszył się ogromnym szacunkiem. Gdy zakładaliśmy Spółdzielnię Świetlik od początku było wiadomo, że tylko On będzie w stanie opanować firmę, oraz będzie poważnie traktowany przez kontrahentów. Nigdy Jego pozycja nie była zachwiana. Gdy Maciej coś powiedział, to było święte. Zawsze był bardzo konkretny i rzeczowy. Nie lubił tracić czasu na jałowe rozmowy. Nawet przy piwie nigdy się nie rozluźniał.

W 1990 roku objął funkcję wojewody gdańskiego. Wówczas wydawało się, że największe szanse na tę nominację będzie miał Józef Borzyszkowski. Tadeusz Mazowiecki zaufał jednak właśnie Maćkowi. Ten z kolei mianował Borzyszkowskiego wicewojewodą. Cóż, ta współpraca nie ułatwiała życia Płażyńskiemu, bo jego „vice” długo nosił w sobie zawiedzione ambicje i wielokrotnie mocno się różnili. Maciek piastował tę funkcję aż 6 lat, co było nie lada wyczynem. Cieszył się zresztą olbrzymim uznaniem. Nawet jego oponenci nazywali go „Księciem Północy”, w czym nie było ani nuty ironii.

Gdy rząd lewicowy odwołał Macieja z funkcji wojewody, wraz z Jackiem Karnowskim, Franką Cegielską i Pawłem Adamowiczem, postanowiliśmy urządzić manifestację, która miała być z jednej strony naszym sprzeciwem wobec takiej decyzji, a z drugiej formą podziękowania za 6 lat pracy Płażyńskiego. Nie spodziewaliśmy się, że pod Neptuna na Długim Targu przyjdzie aż 7 tysięcy ludzi. Oni wszyscy kochali Maćka. Także za to, że ten ani trochę się nie zmienił. Wszyscy pamiętali, jak wracał w sweterku, spacerkiem przez Gdańsk. Zresztą On nigdy nie lubił garniturów i krawatów.

Maciej był wówczas u szczytu popularności. Wchodził do Sejmu z rekordowym wynikiem. Żałuję, że tonący wówczas AWS się podzielił, bo Płażyński był naszym naturalnym kandydatem na urząd prezydenta. Moim zdaniem tylko On miał szansę powalczyć, a nawet wygrać wybory z Aleksandrem Kwaśniewskim. Uważam, że byłby świetnym prezydentem – szukającym kompromisu i otwartym na ludzi. Niestety, kandydatem AWS-u został Marian Krzaklewski, co było wówczas kolosalnym błędem i przyśpieszyło agonię naszej formacji.

Był jeszcze na fali, gdy zakładaliśmy Platformę Obywatelską. Pamiętny, jeden z „trojga tenorów”. Szybko przekonał się jednak, że życie partyjne, nie jest usłane różami. Być może ten jego koncyliacyjny charakter, chęć osiągania kompromisów legł u podstaw wycofania się z Platformy. Zorientował się, że w partii trzeba być liderem. Trzeba głaskać i rozdawać razy. Maciej tego drugiego nie potrafił. Po prostu był za dobrym człowiekiem. Zawsze dawał ludziom drugą szansę. Może dlatego postanowił odejść?

Później startował do Senatu, jako kandydat niezależny. Zawsze cieszył się ogromnym poparciem Gdańszczan. Jednak w końcu obrał drogę zupełnie odmienną od naszej. Było dla nas prawdziwym szokiem, gdy przed II turą wyborów prezydenckich, Maciej poparł Lecha Kaczyńskiego. Później jeszcze większym, gdy ogłosił, iż wystartuje do Senatu z listy PiS. Długo nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego tak postąpił. Myślę, że te wydarzenia mocno mu zaszkodziły, bo on nie pasował do tego towarzystwa. Co prawda, uzyskał świetny wynik – trzeci w województwie – jednak, jego elektorat mocno się skurczył. Wielu jego znajomych oraz zwolenników było  zawiedzionych. Maciek jednak nigdy nie zapisał się do PiS. Często głosował przeciwnie niż politycy tej partii. Bo on właśnie taki był. Zawsze wierny swoim ideałom, zawsze uczciwy. Dlatego prawdziwą misję odnalazł we Wspólnocie Polskiej – stowarzyszeniu zajmującemu się opieką nad Polonią, zwłaszcza w krajach postradzieckich. Jeździł do Kazachstanu, jak do domu. Spotykał się ze zwykłymi ludźmi, którym dodawał otuchy i nadziei. Nigdy nie odmawiał nikomu pomocy.

Takiego będę Macieja pamiętał – jako chodzące dobro i spokój. Cześć Twojej pamięci!