Władza ma prawo do podjęcia decyzji, bo ma do tego legitymację społeczną.

Po cholerę nam sejm?

Trwa dyskusja na temat zasadności przeprowadzenia referendum w sprawie posłania sześciolatków szkół. Jedni (do których należę) uważają, że taki plebiscyt jest bezprzedmiotowy. Nie widzę powodu, dla którego emeryci, czy ludzie w wieku poprodukcyjnym powinni decydować o losie najmłodszych uczniów. Inni uważają, że skoro zebrano odpowiednią ilość podpisów, przeprowadzenie referendum powinno być obligatoryjne. Ja bym poszedł dalej! Skoro lud wie najlepiej co Polakom jest potrzebne do szczęścia, proponuję zlikwidować obie izby parlamentu i pozostawić jedynie komisję referendalną. Cała władza w ręce ludu! Wszystkie decyzje podejmujmy sami metodą referendów!

IMG_9158Naród jest suwerenem i to nie podlega żadnej dyskusji. Problem w tym, że niektórzy czasami niewłaściwie interpretują tę rolę. Wciąż są bowiem tacy, którzy uważają, że racje ma ten, kto najgłośniej krzyczy. Rolą suwerena jest przede wszystkim demokratyczny wybór władz, które go reprezentują. Niekiedy mam wrażenie, że ludzie nie doceniają tej roli. Jeżeli nie podoba nam się władza, można ją w sposób demokratyczny odsunąć, głosując na innych ludzi w kolejnych wyborach. Tymczasem w naszej rzeczywistości mamy coraz marniejszą frekwencję wyborczą. Nie pójdziesz na wybory – wybiorą za ciebie. Tylko potem nie narzekaj na to, że w sejmie masz Macierewiczów, Hofmanów, Niesiołowskich, Palikotów, czy Borowczaków.

Specyfiką polskiej demokracji jest przeniesienie walki politycznej na obszar referendów. Z jednej strony chcemy społeczeństwa obywatelskiego, z drugiej wszelkie próby przeprowadzenia referendów najczęściej mają polityczne tło. To nie jest tak, że za każdym razem, gdy zbierze się 100 tysięcy podpisów, trzeba biec do urny, bo naród tak sobie życzy. To tak nie działa, aby w każdej sprawie obywatele wypowiadali się poprzez referendum. W taki sposób doprowadzimy do anarchii.

Rolą rządu jest reagowanie na bieżącą sytuację społeczno-gospodarczą. Nie zawsze działania, które prowadzą rządzący są popularne. Czasami są nawet bolesne, ale być może konieczne. Trudno sobie wyobrazić, aby w ciężkiej sytuacji kraju, każdorazowo pytać obywateli o zdanie. Mamy przykład podniesienia wieku emerytalnego. Proces budzący społeczny sprzeciw, ale konieczny dla uratowania polskiego systemu emerytalnego. Jako polityk partii rządzącej jestem przekonany, że to krok w dobrym kierunku. Jaki sens miałoby pytanie o zdanie obywateli? Kto nie chce pracować krócej? Przecież to, jakby zapytać, czy chcesz być pięknym i bogatym, czy biednym i brzydkim… Wynik referendum byłby przesądzony. Każdy zagłosowałby za szybszą emeryturą. Tylko jak to się ma do możliwości systemu? Zawsze przy takiej okazji mówi się wyświechtany slogan o arogancji władzy. Władza zawsze będzie arogancka, bo obywatelowi coś narzuca i ogranicza. Nie ma innej możliwości. Przyjdzie nowa władza i myślicie Państwo, że coś się zmieni? Nowa władza pozostanie z tymi samymi problemami co poprzednia i będzie się zastanawiała, jak z tego wybrnąć. Oczywiście koszty tego wybrnięcia poniesie obywatel.

Gdy obserwowałem akcję zbierania podpisów za przeprowadzeniem referendum w sprawie prezydent Warszawy oraz tego w sprawie sześciolatków, mam nieodparte wrażenie, że wielu ludzi, którzy się pod nimi podpisało, nie wiedziało, za czym się właściwie opowiedziało. Ciekawe, czy osoby, które może miały swoje powody, żeby odwołać Hannę Gronkiewicz-Waltz, wiedziały, że biorą udział w politycznej hucpie, aby PiS mógł zdobyć stolicę? Ciekawe, czy składający swój autograf, mieli świadomość, że w planowanym referendum w sprawie maluchów jest aż 5 pytań i korzystny dla nich wynik plebiscytu zepchnął by polski system edukacji do czasów PRL-u? Ciekawe, czy dający swoje poparcie kanapowej partyjce w Sopocie, która chce likwidacji Straży Miejskiej, wiedzieli, że ta chciała tylko za wszelką cenę wykorzystać korzystny PR-owo moment, do czego sami przez przypadek się przyznali. Wątpię.

Referendum nie zawsze też ma sens. Czy gdyby zebrano głosy w sprawie referendum o delegalizacji jakiejś partii, czy jej politycy byliby tak wielkimi orędownikami referendum? Możemy sobie również wyobrazić, że ktoś zbierze odpowiednią ilość podpisów, aby zadać publicznie pytanie np. o zamknięcie kościołów, likwidację internetu, czy obwiązek chodzenia w krawacie. Czy wówczas władza również ma psi obowiązek pochylić się nad wolą ludu? Gdyby jeszcze, nie daj Boże, przy niskiej frekwencji udało się przegłosować takie kuriozum, mieli byśmy niezły pasztet…

Zawsze opowiadałem się za społeczeństwem obywatelskim. Nigdy nie uważałem, że rządzący mają prawo ignorować wszelkie jego przejawy. Władza ma jednak prawo do podjęcia decyzji, bo ma do tego legitymację społeczną. Taką władzę sobie przecież wybraliśmy. Ta władza, czy się komuś to podoba, czy nie, jest skutkiem wyboru obywateli. Dlatego zanim złożymy podpis pod jakimś wnioskiem o referendum warto się nad tym zastanowić. Dobrze by się stało, aby obywatele zaczęli cenić swój autograf. Dobrze by się stało, aby referenda stały się rzeczywistym probierzem oczekiwań narodu, a nie politycznym poligonem.

Myślicie Państwo, że spośród tych, którzy podpisali się pod akcją „Ratuj maluchy” wielu wie o co chodzi i ma na sercu dobro sześciolatków? Nie sądzę. Raczej motywacją było dołożenie Tuskowi i zahamowanie reform wdrażanych przez PO. Ciekaw jestem, jak zachowa się dzisiejsza opozycja, gdy może kiedyś dojdzie do władzy i będzie się starała opanować trudną sytuację. Gdy ludzie będą się domagali referendum, czy zgodzą się bez problemu? Czy mając na względzie przyszłość, zamiast wdrażać plan ratunkowy dla systemu emerytalnego, edukacyjnego, czy czegokolwiek innego, będą się pytać ludzi o zdanie? Odpowiedzcie sobie Państwo sami.