Jak można oczekiwać wysokich frekwencji w wyborach do sejmu, czy prezydenckich, skoro połowa członków partii rządzącej ma „gdzieś” wybory swojego przewodniczącego?

Obywatelski marazm

Niespodzianki nie było, bo być nie mogło. Zgodnie z przewidywaniami, Donald Tusk wygrał wybory na Donalda Tuska. 20-procetowe poparcie Jarosława Gowina jest jednak pewnym zaskoczeniem. Mnie najbardziej zdziwiła jednak frekwencja wyborcza, która wynosiła nieco ponad połowę uprawnionych do głosowania.

2916784-643-482Do niskiej frekwencji podczas wyborów jesteśmy właściwie przyzwyczajeni. W końcu nasi rodacy najlepsi są w nieustannej krytyce i narzekaniu, jednak gdy trzeba wziąć sprawy we własne ręce, okazuje się, że nie ma komu. Fakt, że połowa członków Platformy Obywatelskiej najzwyczajniej olała wybory swojego szefa, jest szokująca. Zwłaszcza, że sposób wyboru nie wymagał od głosujących praktycznie żadnej aktywności. Wystarczyło listownie lub elektronicznie dokonać wyboru, co zajmowało jakieś 10 sekund życia… Po prostu brakuje mi słów.

Wniosek jest smutny. Aktywność obywatelska jest bliska zeru. Nasi rodacy nie angażują się kompletnie w sprawy, które ich dotyczą. Gołym okiem widać to na przykładzie niedawno wybieranych rad dzielnic. Ten najniższy stopień demokracji miał właśnie zaktywizować obywateli do współdziałania na rzecz ich własnych podwórek. Początkowo był entuzjazm i chęć działania. Jak jest teraz? Oczywiście jest wiele takich rad, które działają sprawnie i wielu radnych, którzy angażują się w swoją pracę i wykonują wspaniałą robotę. Zobaczcie jednak, ilu członkom rad entuzjazm opadł? Ilu z nich najzwyczajniej zapomniało, po co startowało w wyborach i po co zostali wybrani?

Członkowie Platformy, mającej słowo „Obywatelska” w swojej nazwie powinni dać przykład obywatelskiej postawy. Jak można oczekiwać wysokich frekwencji w wyborach do sejmu, czy prezydenckich, skoro połowa aktywnych członków partii rządzącej ma „gdzieś” wybory swojego przewodniczącego? Wychodzi na to, że od korzystania z dobrodziejstw demokracji, lepiej wychodzi nam wieczne narzekanie…

Znakomita większość naszych obywateli nie rozumie tego, że władze są ich reprezentacją. Nie pojmują tego, że im niższa frekwencja, tym możliwość bardziej przypadkowego lub niemiarodajnego wyboru. A później najlepiej lamentować, że rząd jest słaby, że w parlamencie zasiadają idioci, że samorządy są nieudolne, a prezydenci miast słabi. Tylko, ktoś ich wybrał! Skoro nie poszedłeś na wybory, to ktoś dokonał wyboru za Ciebie! Ileż razy organizowano przeróżne referenda, które były nieważne ze względu na niską frekwencję? Podobnie może być w referendum o odwołanie prezydent stolicy. Polityczna hucpa mająca na celu odsunięcie od władzy dobrej i odważnej prezydent, będzie kosztowała około 7 milionów złotych, o ile nie dojdzie do ponownych, przyśpieszonych wyborów. Kiedy słyszę w telewizji, że mieszkańcy głosowali za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz, bo doskwierają im korki w mieście spowodowane budową metra, oraz to, że autobusy jeżdżą przez to dłużej, to ręce mi opadają. Tylu inwestycji nie było w Warszawie od zakończenia wojny, a mimo to ludzie narzekają…

Nie ukrywam, że jestem za tym, aby wzorem niektórych krajów, głosowania były obowiązkowe. Może to rzeczywiście jest wyjście? Może trzeba karać z urzędu tych, którzy nie głosują w wyborach prezydenckich i parlamentarnych oraz krajowych referendach? Skoro nie umiemy z demokracji korzystać, może warto ją wpoić?