Gazeta.pl Trójmiasto Media „kręcą” Wałęsą? „Przychodzą do niego jakieś stażystki…”

Media „kręcą” Wałęsą? „Przychodzą do niego jakieś stażystki…”

 

Roman Daszczyński  27.05.2013

Przyjaciel: – Lech przesadził, atakując Borusewicza, ale spróbujcie go choć trochę zrozumieć. Sierpień był najważniejszą rzeczą, jaka mu się w życiu przydarzyła. Będzie bronił do upadłego tego szczupłego wąsacza, który kiedyś w stoczni zdobył się na odwagę i pociągnął za sobą cały naród.

Wałęsa zwariował?

Jego znajomi nie obruszają się nawet na tak zadane pytanie. Spokojnie tłumaczą, że Lech jest taki, jaki był od lat: trochę impulsywny, z wybujałym ego i sporą dawką megalomanii.

Bardziej drażliwy niż kiedyś? Tak, wiek robi swoje – we wrześniu stuknie mu siedemdziesiątka, a do tego przyplątała się cukrzyca. Wałęsa chwilami przysypia jak dziadek, jedyne, co go jeszcze jakoś trzyma, to zainteresowanie mediów i walka o własną legendę. A nie jest łatwo. Kopią go od lat zawzięcie, po kostkach – a na pewno chcieliby wyżej.

– Te oskarżenia o współpracę z SB, że był „Bolkiem”, to wszystko kosztuje bardzo dużo nerwów – mówi Jerzy Borowczak, uczestnik strajku, wierny druh Lecha Wałęsy. – Tak narastało rok po roku, aż skumulowało się i wybuchło przy Borusewiczu. Najpierw dawni koledzy i koleżanki z opozycji, którzy poszli inną drogą. Potem lustratorzy z IPN. Książki Cenckiewicza i Gontarczyka, książka Zyzaka. Lech przejęty, wścieka się, że bzdury, i trzeba na to odpowiadać. Od dawna mu mówię: „Wodzu, daj spokój. Takie Zyzaki robią na tobie karierę, zarabiają pieniądze. Nie pomagaj im w tym, odpuść sobie”.

Tak więc sytuacja jest paradoksalna.

Z jednej strony: Wałęsa, którego dosłownie noszono na rękach, który dostał Nobla, był fetowany przez najpotężniejszych tego świata – chodzący pomnik, w latach 1990-1995 prezydent Rzeczypospolitej Polskiej.

Z drugiej – człowiek, któremu byle uszczypnięcie wystarczy, aby poczuł, że musi zejść z cokołu, irytować się i szukać sprawiedliwości.



Bo dobrze krzyczy

Początek maja. Henryka Krzywonos, jedna z wielu uczestników sierpniowego strajku w Stoczni Gdańskiej, udziela wywiadu tygodnikowi „Wprost”. Podobnie jak Wałęsa jest dla dziennikarzy zawsze atrakcyjna, bo ma dość niewyparzony język i zwykle można liczyć na jakąś efektowną wypowiedź. Zresztą, zawsze taka była.

– To przecież Henia wtedy tak krzyczała, gdy stocznia chciała już kończyć, a sporo mniejszych zakładów wciąż protestowało – przypomina Jerzy Borowczak. – Darła się wniebogłosy, aż uszy, cholera, bolały. „Sprzedaliście nas! Teraz wytłuką nas jak pluskwy!!!”. No i Wałęsa wtedy zarządził: zostajemy, robimy strajk solidarnościowy. Moment zwrotny, bez tego nie byłoby Sierpnia, który zatrząsł Moskwą i Waszyngtonem. Ona była tramwajarką z gdańskiego ZKM, zbuntowana, ostra. Przyszła, nikogo nie pytając o zgodę. Wałęsa mówi: „Dawać ją do komitetu strajkowego”. A na to dwaj przedstawiciele ZKM, wybrani demokratycznie przez załogę, że ona przecież nie ma mandatu, by kogokolwiek reprezentować. Wałęsa nie odpuścił: „Nie szkodzi, dawać ją, bo dobrze umie krzyczeć”.

Tak więc prawie 33 lata później zgłasza się do Krzywonos dziennikarka, prosi o wywiad. Pani Henryka zgadza się chętnie. W życiu publicznym ma swoją drugą młodość – uwielbiana przez feministki, podejmowana na warszawskich salonach. Sypią się na Krzywonos zaszczyty: tytuł Kobiety Dwudziestolecia nadany przez Kongres Kobiet Polskich, nagroda Znaku i Hestii im. ks. Tischnera, Człowiek Roku 2010 tygodnika „Wprost”, Order Uśmiechu…

Twarda kobieta wychowana w patologicznej rodzinie. Dużo przeszła, dużo dobrego zdziałała. Niejednemu się naraziła, z tym swoim „mówię to, co myślę”. Latem 2010 r. na uroczystym zjeździe „Solidarności” odważyła się skrytykować z mównicy Jarosława Kaczyńskiego za próby zawłaszczania tradycji Sierpnia – zrobiła to, choć miała świadomość, że przeciw niej będzie większość sali.

Z Kongresu Kobiet Polskich odeszła, gdy tylko poczuła się rozczarowana tą organizacją.

I do takiej to właśnie Krzywonos, lat 60 skończone w marcu, zgłasza się Magdalena Rigamonti z tygodnika „Wprost”. Obie panie umawiają się w Warszawie, w hoteliku na Hożej. Dziennikarka pyta o Sierpień, ponieważ wielkimi krokami zbliża się premiera filmu Andrzeja Wajdy o Wałęsie.

– Rywalizacja była od początku – mówi pani Henryka. – Ale na wózek wchodził tylko Wałęsa. Walentynowicz nie. Wałęsa miał dar przekonywania, więc został przewodniczącym. Jednak tak naprawdę to mieliśmy przewodniczącego. Był nim Bogdan Borusewicz. Nieujawniony przewodniczący. Przecież to Borusewicz kręcił tym strajkiem.

– Pierwszy raz to zdanie pani powiedziała – stwierdza dziennikarka.

– Nie, wiele razy mówiłam. Ale nikt tego nie publikował. Nikt nie słuchał. Mózgiem był Borusewicz. To on kierował wszystkim.


Trybun w sieci

Nie wynikłaby z tego awantura, gdyby nie cienka skóra i czujność Wałęsy. O tym, co miała do powiedzenia Krzywonos, zapewne przeczytał w internecie.

– Jest uzależniony od komputera – przyznaje Borowczak. – Nie wiem, ile czasu codziennie spędza w sieci. Co najmniej kilka godzin. Koresponduje z Polakami z całego świata. Na swoim blogu pokazuje, gdzie był, z kim się spotkał. Gdy nie ma kontaktu z ludźmi, życie traci dla niego smak. Internet stał się ratunkiem. Wyborcy wyrzucili go poza politykę, bardzo przeżył porażkę z Kwaśniewskim w 1995 roku. Irytował się: niby 99 procent Polaków to katolicy, a postkomucha wzięli sobie na prezydenta. Potem następne wybory i zupełna klęska, wynik rzędu 2 procent. Tak więc Lech w jakiejś części przeniósł swoje życie do świata wirtualnego. Nie może wytrzymać bez internetu. Jak mam do niego sprawę, staram się przychodzić do jego biura wcześnie, zanim pochłonie go komputer. Mówię coś, a on jednym uchem słucha, ale oczy wbite już w monitor, palce na klawiaturze.

Wałęsie jako byłemu prezydentowi RP na co dzień przysługuje rządowa limuzyna z kierowcą i ochroniarzem. W samochodzie – na przykład gdy jadą z Gdańska do Warszawy – Lech cały czas na tylnym siedzeniu, przy laptopie. Ma mobilne łącze internetowe i cały czas coś stuka. Sam nawet zaprojektował i wykonał na własny użytek samochodowy stolik pod komputer. Wszystko oparte na odpowiednio powyginanym metalowym pręcie, który należy zaczepić przy zagłówku któregoś z przednich siedzeń.

– Trochę na podobnej zasadzie jak wieszaki do przewozu garnituru w aucie – tłumaczy Borowczak.

Tak więc dzień Wałęsy zwykle wygląda tak: były prezydent budzi się w domu w Oliwie, idzie do łazienki, je śniadanie i wsiada do samochodu, by na godz. 9, najpóźniej 9.30, być w biurze. Siedzibę ma na starówce, najwyższe piętro w Zielonej Bramie. Najpierw windą, potem jeszcze jedna kondygnacja po schodach. Goście już czekają. Załatwia ich najszybciej, jak się da, czasem ostentacyjnie zerka na zegarek. Dziennikarzy traktuje twardo: „Jakieś konkretne pytania, bo jeśli nie, to kończymy…”.

Potem już tylko biurowe tete-e-tete z komputerem. Mniej więcej do 14, bo wtedy jedzie do domu na obiad. Jeśli nie ma umówionego spotkania – ucina sobie drzemkę. Bywa, że w sezonie coś tam zrobi w ogrodzie, oczyści oczko wodne. Bez względu na porę roku jedno jest pewne: gdy tylko znajdzie wolną chwilę, zamyka się w gabinecie i włącza komputer.

Nie tylko koresponduje z Polakami z całego świata i aktualizuje swojego bloga. Patrzy uważnie, co też nowego o nim wysmażyły media. Wpada w irytację, gdy uzna, że coś jest ukazane niesprawiedliwie. Komentuje od razu albo czeka, aż jakiś dziennikarz zgłosi się i poprosi o wypowiedź.

Wół na gwiazdach

Wywiad z Henryką Krzywonos ukazuje się 6 maja. Wałęsa przypuszcza atak dopiero po dziesięciu dniach – listem otwartym, który zamieścił na swoim blogu. Od razu staje się jasne, skąd ta zwłoka: adresatem jest nie Krzywonos, lecz Borusewicz. Wałęsa jest urażony, że dawny kolega, dziś marszałek Senatu, nie zdystansował się do treści wywiadu zamieszczonego we „Wprost”.

Wałęsa zarzuca Borusewiczowi, że na strajkowaniu znał się „jak wół na gwiazdach”. Pisze też: „Czegoś podobnego nie spodziewałem się z Twojej strony. Ty kierowałeś strajkiem – kiepski żart. Zapomniałeś, że w tamtym czasie nie byłeś tolerowany przez komunistów, ale też przez przygniatającą większość stoczniowców. Stoczyłem wielkie, długie boje, byś był w ogóle tolerowany na stoczni. Udział Twój w sterowaniu strajkiem był niemożliwy i w tamtych warunkach zakończyłby się klęską. (…)”.

I jeszcze zakończenie listu otwartego Wałęsy, pachnące groźbą: „Nie chciałem o tym i podobnych często sytuacjach w ogóle mówić, ale jeśli kradnie się i przywłaszcza i przerabia prawdę, no to nie można się na to zgadzać. Mam nadzieję, że mnie przeprosisz i nie wymusisz odkrywania innych niemiłych stron historii”.

Dziennikarze pędzą do Borusewicza. Co pan na to? Borusewicz odmawia komentarza i jedynie pozdrawia Lecha. Najwyraźniej przypieka tym Wałęsie do żywego.

Do byłego prezydenta zgłasza się ekipa Faktów TVN. Co pan na brak reakcji ze strony marszałka Senatu? Wałęsa przyznaje: Borusewicz był pomysłodawcą i organizatorem strajku, a także sformułował pierwsze postulaty.

Ze strony noblisty jest to jednak tylko wstęp do kolejnego uderzenia.

– On mnie wyznaczył, ale dziennikarze i historycy IPN powinni sprawdzić Borusewicza – mówi Wałęsa TVN. – Jego wystawienie mnie do prowadzenia było po to, by mnie zamknięto. Wszystko, co proponował, okazało się fatalną pomyłką i prowadziło do klęski. Dlatego jak się zorientowałem, że jego pomysły się źle kończą, to już go nie słuchałem i sam podejmowałem decyzje. On mi wiele złego narobił, dotychczas mu odpuszczałem, ale ponieważ chce przywłaszczyć moje zwycięstwa, to należy wyjaśnić, jaka była rola Borusewicza. Prowokator? Agent czyjś? Czy po prostu nieznający się na rzeczy?

Tym razem Wałęsa wyraźnie posuwa się do insynuacji. Na pytania dziennikarzy, czy uważa, że Borusewicz był agentem SB, odpowiada wymijająco, że jedynie postawił pytania, na które warto szukać odpowiedzi.

Bali się wszyscy

– Grubo przesadził z Borusewiczem – przyznaje Borowczak. – Przykre to, bo Bogdan ma dużo szacunku do Wałęsy i nieraz ładnie się wobec niego zachował. Kiedyś Krzysztof Wyszkowski oskarżał Lecha, że jeszcze w Peerelu zagarnął pieniądze, które dostał od Francuzów. Borusewicz wykazał przed sądem, że żadnych pieniędzy nie było. Albo opowieść, że Wałęsa podczas wizyty w mieszkaniu Joanny i Andrzeja Gwiazdów miał się przyznać do pomagania SB: tajniacy rzekomo pokazali mu grupową fotografię i on miał rozpoznawać na niej, kto jest kto. I pewnie taka legenda by trwała, gdyby nie Bogdan, który był wtedy u Gwiazdów i powiedział, że nic takiego nie miało miejsca.

Borusewicz od końcówki lat 70. był dla gdańskiej SB wrogiem numer 1. Urodzony spiskowiec, świetny organizator, członek KOR z kontaktami wśród liderów warszawskiej opozycji. Pseudonim „Borsuk”. To on doszedł do wniosku, że wyrzucenie z pracy Anny Walentynowicz jest ze strony władz próbą sił, na którą trzeba odpowiedzieć strajkiem w Stoczni Gdańskiej. Przygotował agitatorów, zorganizował druk i kolportaż ulotek. Dla Andrzeja Wajdy stał się pierwowzorem Maćka Tomczyka, głównego bohatera „Człowieka z żelaza”. Od chwili wprowadzenia stanu wojennego ukrywał się przez blisko pięć lat. Pewnego razu, gdy uciekał przed bezpieką, jeden z funkcjonariuszy strzelał do niego z pistoletu.

Dlaczego „Borsuk” sam nie stanął na czele strajku? Kwestia charakteru – zawsze wolał kierować z tylnego fotela. Poza tym rozumiał, że SB w każdej chwili może go aresztować. Na lidera strajku był potrzebny robotnik. Borusewicz miał trzech pod ręką: Ludwika Prondzińskiego, Jerzego Borowczaka i Bogdana Felskiego. Sami mu wytłumaczyli, że jako młodzi kawalerowie nie mają szans pociągnąć za sobą ludzi, załoga mogłaby powiedzieć: „Jak chcecie, to pchajcie się w kłopoty, ale nas tam nie ciągnijcie, bo mamy na utrzymaniu rodziny, dzieci”. Potrzebny był więc ktoś starszy i wybór padł na Wałęsę – żonatego 37-latka, ojca piątki małych brzdąców, który dodatkowo zapisał się w pamięci stoczniowców jako jeden z uczestników antyrządowego buntu w grudniu 1970 r.

O tym wszystkim Borusewicz opowiada szczegółowo w wywiadach, których udzielił Edmundowi Szczesiakowi do książki „Jak runął mur”, wydanej w 2005 r. Wynika z niej rzecz w sumie oczywista: chcieli zrobić krótkotrwały strajk i nie mieli zielonego pojęcia, że kupują sobie grupowy bilet do Historii. Wałęsa nie był nastawiony entuzjastycznie, do ostatniej chwili się wahał, czy wziąć na siebie to ryzyko. A jeśli aresztują? Dopiero co urodziło mu się piąte dziecko, chciał być na chrzcinach. Jednak przyszedł. Spóźniony, ale przyszedł.

– To było normalne. Wszyscy się bali – wspomina Borusewicz.

I stało się coś niesamowitego – tak jakby siła słów Jana Pawła II: „Niech zstąpi duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi…” skumulowała się w Wałęsie. Ten prosty robotnik staje się rzeczywistym przywódcą – mimo początkowych chwil słabości i zwątpienia. Ludzie są wpatrzeni w niego jak w wyrocznię. Wystarczy obejrzeć filmy dokumentalne z Sierpnia: Wałęsa nie jest niczyją marionetką, sam podejmuje decyzje, przemawia jak natchniony, decyduje, komu udzielić głosu, komu nie. Ma niesamowity refleks, cięte riposty.

Gdzieś w tle są oczywiście doradcy, jest Borusewicz, ale i tak nad Wałęsą trudno zapanować.


– Tłumaczyłem mu, że w nazwie związku ma być słowo „niezależny” – wspominał prof. Bronisław Geremek, jeden z ekspertów wspierających strajk. – A gdyby władze się nie zgodziły, to niech przeforsuje słowo „samorządny”. Jednak gdyby jedno i drugie się nie udało, to żeby choć przepchnął słowo „solidarność”. Poszedł i wynegocjował: Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”.

To nie koniec

Przyjaciel: – Lech przesadził, atakując Borusewicza, ale spróbujcie go choć trochę zrozumieć. Sierpień był najważniejszą rzeczą, jaka mu się w życiu przydarzyła. Będzie bronił do upadłego tego szczupłego wąsacza, który kiedyś w stoczni zdobył się na odwagę i pociągnął za sobą cały naród.

– Ciekawe, jak by Piłsudski zareagował, gdyby mu nagle powiedzieli, że to generał Sosnkowski wygrał wojnę z bolszewikami – zastanawia się Borowczak. – Wiem, że to niezbyt precyzyjne porównanie, ale z grubsza o coś takiego chodzi.

Do Wałęsy nie dociera, że najlepiej by było, gdyby w ogóle wypowiedzi Henryki Krzywonos puścił mimo uszu – a Borusewicza w ogóle nie powinien ruszać.

– Sugerowanie, że Borusewicz mógł mieć jakieś związki z bezpieką, to kompletny nonsens – przyznaje osoba z otoczenia Wałęsy. – Lech wyraźnie odreagowuje oskarżenia, jakie od lat kierują przeciwko niemu ludzie Sierpnia, teraz związani z PiS. I robi to w najgłupszy sposób. Być może chciał przez to tylko powiedzieć „Borsukowi”, że nie istniały niewinne kontakty z bezpieką. Nawet poufne rozmowy z majorem Adamem Hodyszem, który stał się wtyczką „Solidarności” w SB. Bo skąd pewność, że jego przełożeni nie podsuwali mu spreparowanych informacji, by mieć wpływ na sytuację wśród ludzi opozycji?

Póki co wygląda na to, że do wojny o przywództwo Sierpnia nie dojdzie – za sprawą Borusewicza, który po prostu nie dał się sprowokować i z wysokości urzędu marszałka Senatu przemilczał zaczepki Wałęsy. Potem wyjechał na kilka dni do Mongolii i po powrocie do kraju jednoznacznie zapowiedział, że nie da się wciągnąć awanturę. By jednak nie pozostawić wątpliwości co do oceny Sierpnia, Borsuk stwierdził: – Ja ten strajk przygotowałem, podjąłem decyzję o jego przeprowadzeniu i także namówiłem Lecha, żeby w ten strajk wszedł. Ale to nie oznacza, że stworzyłem przywódcę tego strajku, Lecha Wałęsę. On musiał mieć i miał cechy przywódcze. Te cechy przywódcze wykazał. Lech Wałęsa ciągnął ten strajk, ja z tyłu pchałem ten strajk.

Sam Lech też zdążył się zreflektować. Po wizycie w studiu TVN u Justyny Pochanke zapowiedział, że kończy z komentarzami na temat Borusewicza.

Ale to tylko chwilowa cisza. Im bardziej Wałęsa czuje się samotny i skrzywdzony, tym chętniej mówi dziennikarzom rzeczy kontrowersyjne – dające rozgłos. Tak jak w przypadku niedawnej i słynnej już wypowiedzi o roli homoseksualistów w życiu politycznym kraju, których Wałęsa najchętniej widziałby poza murem Sejmu.

– Jemu wydaje się, że nadal kręci mediami jak kiedyś – mówi dziennikarz telewizyjny. – A prawda jest taka, że czasy się zmieniły i to reporterzy nauczyli się wykorzystywać Wałęsę. Jakieś młode stażystki przychodzą, które nie mają pojęcia, czym był Sierpień, ale wiedzą, że ten siwy pan z wąsami chętnie wypowiada się na każdy temat i centrala w Warszawie to bierze. Liczy się rozgłos, oglądalność. Im głupszą rzecz Wałęsa powie, tym lepiej. A on wierzy, że komuś chodzi o prawdę, jego prawdę. Gdy byłem dzieckiem, w schyłkowym PRL, mieszkałem na Zaspie i widywałem tego volkswagena „ogóra”, którym jeździł Wałęsa. Jaką nadzieję on wtedy dawał ludziom! Powiedziałem mu o tym niedawno przy jakiejś okazji. Przez chwilę widziałem łzy w jego oczach.


Żródło: http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35636,13987619,Media__kreca__Walesa___Przychodza_do_niego_jakies.html?as=3#ixzz2UUdrkfA8