Koniunktura została przegrzana, a homoseksualiści walczący o swoje prawa stali się już wręcz nachalni.

Są granice, których przekroczyć nie wolno…

Lech Wałęsa dawno nie miał takiego poparcia w narodzie, jak w chwili obecnej. Wystarczyło, aby „Wódz” wysłał homoseksualistów do ostatnich ławek w Sejmie, aby ruszyła prawdziwa lawina. Jedni zgadzają się z Lechem w pełnej rozciągłości, a ci którzy uważają się za oświeconych i tolerancyjnych kipią z oburzenia.

Od ponad ćwierć wieku bronię Lecha Wałęsę, gdzie tylko się da. I mam zamiar bronić go nadal. Mimo, iż słów, których wypowiedział, pewnie dzisiaj by nie użył. Bo Lech taki jest. Mówi, co myśli. Za to go zresztą zawsze ceniłem. I choć uważam, że Wałęsa ubrał swoją wypowiedź w zdecydowanie za grube i dyskryminujące słowa, to trudno nie zauważyć, że … ma trochę racji. Znam Wałęsę wiele lat i wiem, że nie jest homofobem. Słusznie jednak zauważył, że  ludzie mają w chwili obecnej mniejszości seksualnych „po kokardki”… Gdzie się nie obrócisz, gdzie nie spojrzysz, atakują medialnie kochający inaczej. We wszystkich gazetach i telewizjach temat jest walcowany każdego dnia. Nic dziwnego, że koniunktura została przegrzana, a homoseksualiści walczący o swoje prawa stali się już wręcz nachalni. Może ktoś mnie za te słowa wykląć i oskarżyć o kołtuństwo, bo to teraz modne, ale zdania nie zmienię.

Jak zapewne Państwo pamiętają sam głosowałem za pracami nad ustawą o związkach partnerskich. Potwornie oburzył mnie pokaz ciemnogrodu, który miał miejsce wówczas w Sejmie. Uważam bowiem, że szacunek należy się każdej osobie, bez względu na wyznawaną religię, preferencje seksualne, czy kolor skóry. Zamiecenie sprawy pod dywan i udawanie, że problem nie istnieje jest drogą donikąd. Dlatego jestem za tym, aby o tym rozmawiać, a nie bezsensownie podgrzewać atmosferę, jak Monika Olejnik, czy Agnieszka Holland. To na pewno nie służy dyskusji na ten temat, a jedynie podburza skrajnie prawicowe organizacje. Ale nie możemy też popaść w paranoję. Związki partnerskie i prawa osób homoseksualnych nie są najważniejszą rzeczą w tym kraju (!) Analizując czas antenowy i ilość artykułów na ten temat w  codziennych gazetach,  można mieć nieodparte wrażenie, że jest inaczej. Wszystko jednak musi mieć swój umiar, a mniejszość nie może narzucać większości swojego zdania.

Nie możemy popadać ze skrajności w skrajność. Z jednej strony musimy napiętnować ciemnogród, bo to jedyna droga do budowania tolerancji. Z drugiej strony, tolerancja też ma swoje granice, a jak mawiał klasyk „są granice, których przekroczyć nie wolno”. Moim zdaniem, idziemy złą drogą. Nie da się jednego dnia przeprowadzić w konserwatywnym, bądź co bądź, kraju rewolucji obyczajowej. Nie ma co się dziwić, że w naszym społeczeństwie nie ma zgody na małżeństwa gejowskie, adopcję dzieci przez pary homoseksualne, czy nawet na związki partnerskie. Nie oznacza to jednak, że tak należy to zostawić. Najpierw trzeba zacząć od uczenia tolerancji i wzajemnego poszanowania, a zmiany, wcześniej, czy później nastąpią. Świat się zmienia i nasze obyczaje oraz  tolerancja również. Wcześniej nikomu się nawet nie śniło o zniesieniu niewolnictwa, czy prawach wyborczych dla kobiet.

Mnie osobiście nie przeszkadzają związki partnerskie. Nie jestem w żaden sposób uprzedzony do osób homoseksualnych. Nie zgodzę się jednak na to, aby mniejszość uzurpowała sobie więcej praw od większości. Ten temat musi być kontynuowany, ale w sposób wyważony i delikatny… Jak na razie stał się jedynie poligonem dla polityków, którzy ubijają na tym własny interes. Ciekawe, że niektórzy nie chcą rozmawiać o związkach partnerskich na komisjach sejmowych, za to chętnie biegają z tym od kamery do kamery. Prawda czasu, prawda ekranu…