Naukowiec wkracza do Sejmu, aby wnieść do niego pierwiastek merytoryki, a nie po to, żeby wcielić się w rolę kłapiącego pyskiem bulteriera.

Narodziny bulteriera

Posłanka Krystyna Pawłowicz robi oszałamiającą karierę medialną. Dotąd była znana wyłącznie zwolennikom Radia Maryja i Telewizji Trwam, jednak ostatnio jest jej wszędzie pełno, aż boję się otworzyć lodówkę… Przykre tylko, że zainteresowanie osobą Pawłowicz wynika z jej żenujących i chamskich wypowiedzi o Annie Grodzkiej i środowiskach homoseksualnych. Posłanka ojca Rydzyka udowodniła bowiem, że potrafi obrażać z szybkością Kałasznikowa. Jarosław Kaczyński nawet nie przypuszczał, jakiego bulteriera chował dotąd w szafie.

Jakoś tak troszku smiszno i troszku straszno się robi, słuchając wynurzeń pani Pawłowicz. I wcale nie chodzi mi w tym miejscu o poglądy posłanki, ale o język nienawiści i wykluczenia, którym się posługuje. Smutne jest również to, że posłanka, która dzisiaj stała się obiektem kpin, przemówiła głosem sporej części konserwatywnej Polski.  Nie oszukujmy się, wielu naszych rodaków myśli tymi samymi kategoriami. Długo tego nie zmienimy, jeśli nie ograniczymy języka nienawiści w przestrzeni publicznej i nie rozpoczniemy edukacji dającej podstawy dla tolerancji. Powinna to zrozumieć sama posłanka Pawłowicz, która bądź co bądź, jest nauczycielem akademickim. Przecież wie, że wygłasza wykłady do studentów różnych wyznań, przekonań, czy orientacji seksualnych. Gdyby na auli Uniwersytetu Warszawskiego pozwoliła sobie na tego typu wystąpienia, niechybnie wywołałaby rozruchy na uczelni.  Dlatego uważam, że rolą środowisk liberalnych, a także lewicowych jest zmarginalizowanie ludzi o takich poglądach.

Kiedy naukowiec wkracza do Sejmu, wydaje się, że po to, aby wnieść do niego pierwiastek merytoryki, a nie po to, żeby wcielić się w rolę kłapiącego pyskiem bulteriera. Posłanka, która o prezydencie Komorowskim, powiedziała niedawno, że: „nie umie czytać, nie umie pisać, nie umie się zachować”, pokazała więc wszystkim swój savoir vivre. Do Pawłowicz nie dociera, że obraziła sporą część naszego społeczeństwa. Według niej, korzystała tylko z wolności słowa i wypowiedzi. W takim wypadku słowa posłanki tylko wypada wyśmiać, bo wdawanie się z nią w polemikę obraża myślącego człowieka. Ciekawą puentę wynurzeń posłanki PiS znalazłem na facebooku. „Gdyby wszystkie osobniki danego gatunku (także i człowieka) zamieniły się w osobniki żyjące w celibacie – gatunek ten przestałby istnieć, ponieważ nie nastąpiłoby przekazanie genów następnemu pokoleniu, w związku z czym nie byłoby potomków. Dlatego z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że z punktu widzenia ewolucji bycie posłanką Krystyną Pawłowicz jest anomalią.”  Nic dodać, nic ująć…  Jeśli homoseksualizm jest anomalią to staropanieństwo czym jest, błogosławieństwem?

Dla wielu jednak Pawłowicz stała się bohaterką. Naukowcy z oświeconego przecież Poznania, skupieni wokół Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Lecha Kaczyńskiego (sic!), stanęli w obronie nowego aniołka prezesa PiS. Uczeni jakoś nie zauważają skandalicznej retoryki posłanki, ale bredzą coś o etosie prawdy i obiektywności.  Śpieszę więc wyjaśnić, że sejmowa mównica, to nie miejsce do prowadzenia naukowej dysputy i ogłaszanie naukowych odkryć, ale przestrzeń publiczna, w której wszystkim należy się szacunek. Ciekawi mnie tylko, ilu z sygnatariuszy tego listu kilka lat temu publicznie wyraziło swoje oburzenie i podpisało podobny apel w obronie oskarżanego o niecne czyny w seminarium arcybiskupa Paetza?