Święta to czas radości, jednak ciężko usłyszeć radość płynącą z Kościoła.

Polityczni pasterze

Wielokrotnie mówiłem o tym, że marzę o Kościele bez polityki. Niestety, jego hierarchowie robią wszystko, aby zniechęcić ludzi do siebie. Oczywiście większość nie zmarnowała do tego okazji podczas pasterki, gdy domy boże pękają w szwach.

Kontrowersyjne i nad wyraz mocne słowa biskupów, które padły podczas świątecznych kazań tylko szkodzą wizerunkowi Kościoła. Mam nieodparte wrażenie, że już dawno stracił on swoją tożsamość i prestiż. Nie widzę w działalności biskupów przemyślanej i dalekowzrocznej polityki mającej na celu ratowanie nadszarpniętego prestiżu. Purpuraci zachowują się  jak politycy. A momentami nawet jak nieodpowiedzialni politycy. Niepotrzebnie pozwalają sobie na prywatne, polityczne kazania, które nie dość, że dzielą wiernych, to wręcz odstręczają od Kościoła. O ile polityków, którzy szukają poklasku i popularności, jestem w stanie zrozumieć. O tyle działań reprezentantów kleru już nie.

Biskupi kompletnie nie mogą sobie poradzić ze sprawą podpisania konwencji przeciw przemocy kobiet. Polski biskup bowiem nigdy nie słyszał o przemocy wobec kobiet, usprawiedliwianej religią, czy kulturą. Polski biskup spadł z innej planety lub najzwyczajniej jest głuchy i ślepy na otaczający go świat. Nie potrafię pojąć, jak można negować akt prawny, który z samej definicji ma zapobiegać złu?

Niedawno byłem wręcz oczarowany osobą arcybiskupa Sławoja Leszka Głódzia, który 16 grudnia podczas spotkania opłatkowego, na którym byłem, wypowiedział wiele pięknych słów. Przyznaję to, chociaż nie tak dawno popadłem z nim w spór, właśnie o uprawianie polityki w kościele. Sądziłem, że może arcybiskup  doznał wewnętrznej przemiany. Może przemyślał wiele spraw i stanie się tym, który opowie się za powrotem do normalności w Kościele. Nic z tego. Podczas pasterki  abp Głódź bredził już o świecie pełzającym w zaprzaństwie i samobójstwie duchowym… Oczywiście wiadomo, jaka formacja polityczna jest winna całemu złu…

Byłem na pasterce w Pruszczu Gdańskim. Pasterka była piękna, jednak i tu ksiądz nie wytrzymał i musiał wtrącić swoje trzy grosze. Nie wiadomo dlaczego, stanął w obronie biskupa Jareckiego, który wsławił się jazdą samochodem na podwójnym gazie. Przyznanie się do winy przez duchownego było, zdaniem księdza, aktem wielkiej odwagi(?!).  Wierni mogli być przekonani, że oto mamy nowego bohatera. Nieważne, że pozwolił sobie na to, na co nie może sobie pozwolić zwykły obywatel. Ważne, że ma cywilną odwagę! Na tym nie koniec. Aby unaocznić wiernym heroizm i wielkość bp Jareckiego, ksiądz podał przykład byłego polityka SLD, Bronisława Cieślaka. Polityk bardziej znany z głównej roli w serialu „07 zgłoś się”,  kilkanaście lat temu w Wigilię(sic!),  najprawdopodobniej w stanie wskazującym , jechał pod prąd jedną z warszawskich ulic, po czym zasłaniając się immunitetem odmówił badania alkomatem. Sprawa to już stara i zapomniana, ale wymieniona w kazaniu. Ksiądz jest niedoinformowany, bowiem sejm dokonał zmian przepisów i już żaden wybraniec narodu nie jest chroniony immunitetem przed policyjnym alkomatem… Zapomniał również o tym, że podobnie, jak politycy, a może nawet szczególnie, to właśnie duchowni powinni być poza wszelkimi podejrzeniami, niczym „żona Cezara”. To oni mają świecić przykładem.

Tylko jaki sens miało powtórzenie całej tej tyrady podczas Bożego Narodzenia? Święta to czas radości, jednak ciężko usłyszeć radość płynącą z Kościoła.