My, podatnicy, płacimy za to, że LOT podwozi klientów Lufthansy do Frankfurtu i British Airways do Londynu

Sentymenty, a prawa rynku

Kilka dni temu  przedstawiciele Fiata zapowiedzieli sporą redukcję zatrudnienia  w polskich fabrykach koncernu. Bez wątpienia jest to decyzja polityczna, podyktowana kryzysem gospodarczym w Italii. Włosi chcą ratować własny rynek pracy i skoncentrować swoją produkcję głównie w fabryce w Turynie. Nowo powołany  wicepremier  Janusz Piechociński z wielką energią  próbuje  powstrzymać  odchodzących Włochów, a zewsząd płyną złote rady i pomysły.

SLD proponuje więc dopłaty w wysokości 7 tysięcy złotych dla kupujących Fiaty wyprodukowane w Polsce. Pomysł mało oryginalny, bo zaczerpnięty z Niemiec. Nasi zachodni sąsiedzi już ratowali swój rynek motoryzacyjny dopłatami do swoich fabryk. Przede wszystkim mieli na to pieniądze…  Propozycja SLD jest czystym populizmem i demagogią na użytek publiczny. Każde dziecko nad Wisłą wie, że to pomysł nierealny. A tak na marginesie, to każdy producent chciałby takich dopłat w zamian za miejsca pracy. Złoty interes! Ćwiczyliśmy już to w socjalizmie i wiemy, czym się takie dopłaty skończyły.

Który to już raz po pieniądze z budżetu zwraca się zarząd LOT-u?  Nie tak dawno byliśmy świadkami szopki pod tytułem „mamy Dreamlinera”, która kosztowała zapewne kilka milionów złotych. Przez chwilę mieliśmy wrażenie, że nasze linie lotnicze to niemal światowa potęga. A tu okazuje się, że LOT ledwie zipie…

Przypomnę, że tylko w tym roku spółka sprzedała  cześć swego majątku za sumę miliarda złotych.  I co? Jak w błoto…   Uważam, że nie warto topić kolejnych pieniędzy podatników.  Skoro nasze linie lotnicze nie wytrzymują konkurencji na rynku, to LOT powinien upaść, a podatnicy zaoszczędzą . Zastanawiam się tylko, co robiła rada nadzorcza reprezentująca skarb państwa? Minister Budzanowski winą za fatalną kondycję przedsiębiorstwa obarczył jego zarząd, który od lat źle zarządzał spółką.  Założę się jednak, że nagrody dla zarządu i rady nadzorczej były wypłacane.

Kiedy mówię o państwowych molochach – kiepsko radzących sobie na rynku i będącymi studniami bez dna, zawsze będę przytaczał przykład gdańskich stoczni. Mamy bowiem państwową Stocznię Gdańską i prywatną Gdańską Stocznię Remontową. Ta druga należy do europejskich liderów w swojej branży. Prywatna GSR nigdy nie korzystała z pomocy państwa, a zatrudnia 7 tysięcy pracowników, którzy nie muszą strajkować i palić opon.

„Remontówka” skończyła właśnie 60 lat i wiem, że nadal będzie się rozwijać, bo interesów przedsiębiorstwa pilnuje prawdziwy właściciel, a nie wirtualny skarb państwa. Z autopsji wiem, co mówię.  Likwidacja państwowej Stoczni Gdańskiej trwa już 16 lat i tylko syndyk ma się dobrze. Wracając do Polskich Linii Lotniczych, to uważam, że powinny one, jak najszybciej upaść, dlatego, że są podwoźnikiem, a nie przewoźnikiem. My, podatnicy, płacimy za to, że LOT podwozi klientów Lufthansy do Frankfurtu i British Airways do Londynu, bo dopiero z tamtych lotnisk pasażerowie biznesowi udają się w różne strony świata.

Amerykanie mieli swoje wielkie linie PAN-AM. Założone w 1927 roku były wielkim graczem na światowym rynku lotniczym. Tymczasem kolos na glinianych nogach upadł w 1991 roku i nikt z tego powodu nie rozpaczał. Amerykanie przesiedli się do konkurencyjnych linii, a podatnicy nie dopłacają  do nierentownego molocha.