17 października minie 10 rocznica śmierci Alinki Pieńkowskiej, legendarnej działaczki Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża

Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą

17 października minie 10 rocznica śmierci Alinki Pieńkowskiej, legendarnej działaczki Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, a prywatnie małżonki Bogdana Borusewicza, mojego przyjaciela i profesora z czasów opozycji antykomunistycznej – dzisiaj marszałka senatu RP.

 Alinkę poznałem jesienią w 1979 roku w Sopocie. Przygotowywaliśmy się wówczas do obchodów rocznicy niepodległości 11 listopada i mszy świętej w Bazylice Mariackiej, którą odprawiał ks. Stanisław Bogdanowicz. Planowaliśmy oprawę naszej manifestacji, czyli treść ulotek i transparentów. Alinka zwróciła moją uwagę, bo bardzo emocjonalnie i z dużym zaangażowaniem uczestniczyła w dyskusji. Jestem dziś przekonany, że moje spotkanie z Nią zdecydowało, że mimo zagrożenia ze strony SB pozostałem czynnym działaczem Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża.

Imponowała mi jej odwaga i chęć niesienia pomocy drugiemu człowiekowi. Z tego właśnie powodu podczas strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, to właśnie Alinka, jako członkini Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, była gwarantem, że sprawa więźniów politycznych będzie rozwiązana i wszyscy opuszczą komunistyczne więzienia.

Jestem przekonany, gdyby dziś była między nami i szefowała Solidarności służby zdrowia, nigdy by nie pozwoliła aby protestujący lekarze i pielęgniarki odstąpili od łóżek pacjentów. Dla niej służba drugiemu człowiekowi była priorytetem. Wiedziała, że strajk w szpitalach z flagą Solidarności jest niezgodny z ideą Solidarności sierpniowej. Bo co to za Solidarność, która krzywdzi drugiego człowieka? Bezradnego, chorego, potrzebującego pomocy…

Wiele się mówi o kobietach Solidarności, ale jestem przekonany, że Alinka jak nikt inny, zasłużyła na to miano. Bo to właśnie Ona ze swym mężem Bogdanem mają największy wkład w narodziny Solidarności.

Fot. ze strony www.solidarnosc.gda.pl