Nie wyobrażam sobie jednak, aby przez in vitro doszło do exodusu posłów z PO.

GORĄCE LATO Z IN VITRO

Najgorętszym tematem tego lata wydaje się być in vitro. Przynajmniej dla dziennikarzy, którzy w kłótni o tę metodę zapłodnienia już wypatrywali początku końca Platformy Obywatelskiej. Czy aby na pewno?

Nie ukrywam, że „mojej” Platformie – od Arłukowicza do Gowina –  będzie ciężko będzie wypracować wspólne stanowisko w tej sprawie. Nie uważam jednak, że in vitro może być miną, na którą wdepnęli politycy PO, a obawy, że jej wybuch może rozsadzić naszą formację są bezzasadne. Nie ma co ukrywać, że różnimy się w tej kwestii, jak w wielu innych. Jednak są to różnice, które uwidaczniają się przy każdym ważnym temacie. Ale nic poza tym. Rozłam na pewno nam nie grozi.

Przy okazji in vitro  ujawnił się co prawda podział na Platformę konserwatywną i liberalną. Niedawne spotkanie naszego klubu w Jachrance, pokazało dobitnie, że nie będzie wcale łatwo tę „żabę” zjeść. Najbardziej konserwatywni, a zarazem nieliczni, posłowie już straszą odejściem z partii, jeśli Platforma nakaże dyscyplinę przy głosowaniu bardziej liberalnego projektu autorstwa Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Spotkanie w Jachrance pokazało jednak, że posłowie PO są w większości przeciwni zaostrzania prawa tej dziedzinie. Nikt oczywiście nikogo z Platformy nie wypycha. Nie wyobrażam sobie jednak, aby przez in vitro doszło do exodusu posłów z PO. Bo niby dokąd mieliby pójść? Do PiS? Nie żartujmy… Nie stworzą również własnego bytu politycznego, bo utoną w politycznym bagienku, jak wiele konserwatywnych ugrupowań.

Osobiście znam wielu szczęśliwych rodziców, którzy dzięki nauce i metodzie in vitro mogą cieszyć się z posiadania własnych dzieci. Ktoś, kogo ten temat nigdy nie dotyczył, nawet nie zdaje sobie sprawy, jak wiele determinacji i poświęcenia ten cel kosztował. A nie mówię tutaj o pieniądzach, bo w naszych warunkach na takie zabiegi stać niewielu, gdyż koszt zapłodnienia in vitro i potrzebnych do tego kuracji hormonalnych waha się w granicach kilkunastu tysięcy złotych. Nie trzeba dodawać, że ta metoda to nie fanaberia przyszłych rodziców, ale ostateczność. W ich wypadku mówienie o innych, rzekomo naturalnych metodach zapłodnienia, jest po prostu zwykłym oszustwem. Przecież in vitro nie jest dla nikogo nakazem. Jeśli ktoś uważa, że ta metoda godzi w jego światopogląd, nie musi jej stosować. Ale dlaczego zabraniać tego innym?

Nie ma wątpliwości, że problem in vitro trzeba unormować. Zgadzam się, że w chwili obecnej jest to dziki biznes bez ograniczeń i trzeba to zmienić. Wierzę w to, że dla dobra bezdzietnych małżeństw uda nam się wypracować kompromis. Nie potrzeba nam do tego okrągłych stołów, które proponuje nam Jarosław Kaczyński. Zresztą, o czym przy nim rozmawiać z ludźmi, którzy chcą za in vitro wsadzać za kratki?

Każde unormowanie jest krokiem w dobrym kierunku. Osobiście nie ukrywam, że poprę projekt Kidawy-Błońskiej, który chce dać dostęp do in vitro nie tylko małżeństwom, ale też parom i samotnym matkom (wszyscy będą musieli wykazać, że podjęli wcześniej leczenie w związku z niepłodnością). Kidawa-Błońska proponuje, aby zarodki można było mrozić, ale nie niszczyć. Projekt zakazuje selekcji zarodków i handlu nimi.