Lekcja historii z Jerzym Borowczakiem w XV LO

Nie lada gratkę mieli uczniowie XV LO w Gdańsku im. Zjednoczonej Europy. Na zaproszenie licealistów na lekcję żywej historii przyjechał poseł Jerzy Borowczak. Gospodarzami spotkania byli uczniowie szkoły – Wojciech Urban i Filip Witaszek, których wywiad z posłem PO,  zajął drugie miejsce w konkursie „Z polską polityką na ty”. Teraz laureaci konkursu postanowili przedstawić kolegom bohatera swojej pracy konkursowej.

 

Jerzy Borowczak opowiadał młodzieży o swoich początkach w podziemiu i udziale w konspiracji. Z pewnością dla wielu słuchaczy spotkanie z legendą Solidarności było interesującym przeżyciem. Mieli okazję poznać historię, której próżno szukać na kartach podręczników.

Dzięki Lechowi Wałęsie podążyliśmy drogą ewolucji, a nie rewolucji – opowiadał Borowczak – Mimo, iż wielu z nas było wówczas młodych i chciało rozliczyć komunistów, dzięki niemu nie doszło do rozlewu krwi. Dobrze się stało, że nie poszliśmy drogą terroryzmu, tylko transformacja ustrojowa została przeprowadzona pokojowo. Nie brakuje zresztą do dzisiaj ludzi, którzy uważają nas przez to za zdrajców. Dlatego, że zamiast powywieszać komunistów na drzewach, woleliśmy z nimi negocjować.

Zainicjowanie strajku w Stoczni Gdańskiej nie było wcale łatwe – przyznaje Borowczak. – Głównie z tego powodu, że nikt z opozycyjnych liderów nie był wówczas osobą powszechnie znaną. W Stoczni pracowało wówczas ponad 17 tysięcy osób. Większość z nich nie znała ani Lecha Wałęsy, ani Anny Walentynowicz, ani tym bardziej Jerzego Borowczaka. Z pewnością byliśmy bardziej znani Służbie Bezpieczeństwa niż robotnikom ze stoczni.

Co pan sądzi o polowaniu na Lecha Wałęsę przez IPN i rewelacjach o teczkach agenta „Bolka”?

Nie chcę podważać kompetencji historyków pokroju pana Cenckiewicza, jednak nie można ferować wyroków na podstawie rewelacji skompromitowanych pracowników służb. Dzisiaj łatwo także kogoś oceniać, kiedy nie było się na naszym miejscu w tamtym czasie. Nie łatwo sobie wyobrazić, jakie ryzyko ponosiliśmy. Ja do każdej takiej rewelacji podchodzę spokojnie. Za Lecha dam sobie uciąć rękę i wiem, że on nigdy, szczególnie pod przymusem, nie poszedłby na współpracę z „bezpieką”. Bo Wałęsa ma taki niezłomny charakter.

– Czy uważa Pan, że środowisko solidarnościowe zdało egzamin z demokracji po ’89 roku?

Uważam, że nie do końca. W pewnym momencie środowisko solidarnościowe mocno się rozproszyło i zaczęło odbiegać od ideałów, o które walczyliśmy. Do tego doszły wzajemne animozje i pęd niektórych do kariery. Dla mnie osobiście, szczytem były krótkie rządy Jana Olszewskiego i zamach stanu planowany przez Antoniego Macierewicza, który oskarżył czołowe osoby w kraju o działalność na rzecz Służby Bezpieczeństwa. To było celowe działanie, aby internować Wałęsę i innych liderów i dokonać przewrotu. Na szczęście prezydent postawił sprawę na ostrzu noża i nie opuścił sejmu, zanim ten nie dokonał aktu samorozwiązania. Początki demokracji były zresztą dla nas ciężką próbą. Na pewno, gdybyśmy działali zgodnie i z planem, Polska byłaby dzisiaj w innym miejscu.

– Czy uważa Pan, że inicjatywa Pawła Adamowicza, o przywrócenie historycznego napisu jest słuszna. Na bramę znowu ma wrócić Stocznia Gdańska im. Lenina.

Uważam, że to słuszna inicjatywa. Cieszę się, że wraca historyczna nazwa. Strajkowaliśmy pod bramą z Leninem, wieszaliśmy na niej kwiaty i portret papieża. Dobrze, że wszystko wraca do oryginalnego wyglądu. Dla świata to także miało zawsze wielki wymiar. Szczególnie modlące się tłumy robotników w komunistycznym, ogromnym zakładzie, noszącym imię Lenina.