Wywiad z Jerzym Borowczakiem drugi w konkursie „Z polską polityką na Ty”

Miło nam poinformować, iż uczniowie XV LO im. Zjednoczonej Europy w Gdańsku, zajęli drugie miejsce w konkursie „Z polską polityką na Ty”. Pracą konkursową był wywiad z posłem Jerzym Borowczakiem, który przytaczamy poniżej. Autorami wywiadu są Wojciech Urban i Filip Witaszek.

Osoba, z która mieliśmy przyjemność rozmawiać, miała niewątpliwy wpływ na wydarzenia, które odmieniły losy polskiej sceny politycznej. Powstanie NSZZ  „Solidarność”  w 1980 r. i pierwsze wolne wybory w 1989 r., stały się nie tylko symbolem upadku komunizmu w Polsce, ale również przyczyniły się do transformacji ustrojowej w wielu krajach Europy. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, współzałożyciel Bezpartyjnego Bloku Wspierania Reform, Poseł na Sejm III, VI, VII kadencji, wieloletni działacz i ikona Solidarności  opowiada o wydarzeniach, które zmieniły i wciąż kształtują scenę polityczną Rzeczpospolitej.

Polska polityka według Jerzego Borowczaka.

4 czerwca 1989 roku to jedna z najważniejszych dat w kontekście zachodzącej transformacji ustrojowej. Jednak gdyby nie Solidarność, gdyby nie jej powstanie oraz strajki w 1980 roku, do dziś moglibyśmy żyć w starym systemie. Czy mógłby Pan pokrótce przedstawić jak powstała Solidarność i jaka była Pana rola podczas strajków?

Trochę lat minęło, ponad 30 i wtedy miałem ich 22. Kiedy zwolniono ze Stoczni Gdańskiej Annę Walentynowicz, działaczkę Wolnych Związków Zawodowych, do których również należałem, postanowiliśmy, że zorganizujemy strajk w Jej obronie, aby pokazać, że ma nasze poparcie i że władza tak łatwo nie będzie się rozprawiała z działaczami niepodległościowymi.  Strajk rozpoczęliśmy 14 sierpnia 1980 roku około godziny 5:30. Plan strajku opracował Bogdan Borusewicz, jednak w przygotowaniach brało udział pięć osób. Byli to Lech Wałęsa, Ludwik Prądzyński, Bogdan Felski, wspomniany Bogdan Borusewicz i ja. Byliśmy bardzo zaskoczeni, że strajk tak szybko się rozprzestrzenił. Nie tylko na województwo gdańskie, ale również powstały komitety strajkowe w Szczecinie i Jastrzębiu. 31 sierpnia zostało podpisane porozumienie, słynne 21 postulatów. Pierwszym postulatem było utworzenie wolnych związków zawodowych, wiedzieliśmy, że jeśli nasze żądania miały być realizowane, to musieliśmy mieć własną organizację. Po tylu dniach strajku władza zgodziła się na Niezależne Samorządne Związki Zawodowe. To było gwarantem, że będzie organizacja niezależna od partii, od rządu, która będzie pilnowała porozumień sierpniowych. To był pierwszy zaczyn polskiej drogi do wolności.

Ma Pan dobry kontakt z Lechem Wałęsą…

Tak, jesteśmy przyjaciółmi.

Lech Wałęsa udzielił nawet Panu poparcia w wyborach parlamentarnych. Jak Pan ocenia prezydenturę Pana Wałęsy ?

Na tamten czas, gdy w Polsce stacjonowały wojska radzieckie, kiedy rząd Tadeusza Mazowieckiego jeszcze koalicyjnie połączony z ZSL i SD oraz oczywiście PZPR, bo przecież mieliśmy ministrów Kiszczaka, Siwickiego, a początkowym prezydentem był wybrany przez zgromadzenie narodowe generał Jaruzelski, wtedy Lech Wałęsa włożył przysłowiowy kij w mrowisko, mówiąc, że generał Jaruzelski powinien odejść. Były „fajne” obrazki Jujki (Zbigniew Jujka – dziennikarz, rysownik satyryczny – przyp. red.), na których Wałęsa trzęsie drzewkiem i spada Kiszczak, Jaruzelski i ministrowie resortów siłowych. To Lech Wałęsa wywował tak zwaną wojnę, aby te reformy przyspieszyć, widząc co się dzieje dookoła. Przecież wtedy w Rosji oraz w ościennych republikach ludowych nie było wesoło, więc muszę tę prezydenturę ocenić bardzo dobrze. To Lech Wałęsa tak negocjował, że udało się wyprowadzić wojska radzieckie z Polski bez żadnego konfliktu, to On rozmawiał z Amerykanami, dzięki temu, że miał poparcie na zachodzie, udało mu się zniwelować długi, które zaciągała władza ludowa. Także muszę tę  prezydenturę, którą obserwowałem z bliska, wręcz z samego Belwederu ocenić pozytywnie.

-A czy Bronisław Komorowski to odpowiedni człowiek na właściwym stanowisku?

Bronek Komorowski, mówię tak, bo znamy się ponad 30 lat, z młodych lat opozycji, zawsze był człowiekiem konkretnym, z rodziny pokoleniowej, walczącej o wolną Polskę. Zajmował bardzo odpowiedzialne funkcje; był ministrem obrony, marszałkiem sejmu, więc była to „naturalna” droga do objęcia stanowiska prezydenta. Jak widzimy w sondażach, mimo, że w wyborach otrzymał 51% głosów, to dzisiaj 70-80% społeczeństwa uważa, że Bronisław Komorowski bardzo dobrze pełni swoją funkcję i jestem przekonany, że za 4 lata będziemy mieć pewną reelekcję.

-Który z czterech prezydentów był najlepszy, kogo Pan najlepiej ocenia, wspomina?
Jeśli mówimy o prezydentach wybranych w powszechnych wyborach, bo trzeba pamiętać, że generał Jaruzelski był wybrany przez Sejm i Senat, to można porównać prezydentury
Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego. Jeśli chodzi zaś o Lecha Kaczyńskiego to On nawet nie starał się być prezydentem wszystkich polaków, tylko był prezydentem swojej partii – PiS-u, której był kiedyś prezesem. Natomiast Lech Wałęsa zachował pełną neutralność, zostawił wszystkie partie, i Unię Wolności, która miała największe znaczenie Solidarnościowe, i PC. Podobnie zrobił Aleksander Kwaśniewski, który był szefem SLD i też ta szorstka „przyjaźń” z Millerem pokazywała, że Kwaśniewski potrafił zająć inne stanowisko niż Jego partia. Więc mogę określić, ze obie prezydentury były bezpartyjne. To co mogliśmy zarzucić, że Kwaśniewski w pierwszej turze wygrał przez przypadek, tak w drugiej zwyciężył bezapelacyjnie. Więc ponownie uważam, że obie prezydentury można uznać za bezpartyjne.
Natomiast Aleksander Kwaśniewski miał pełen luz. Wywodził się z tego starego systemu komunistycznego, więc nie musiał być nad wyraz patriotyczny, a Wałęsa podczas swoich działań musiał oglądać się, że była rewolucja. Społeczeństwo chciało od Niego dużo, wymagano, że da po 100 milionów, że będzie dobrze, Rosjanie wyszli, więc życie ludzi będzie się poprawiało, a to tak przecież nie było. Za prezydentury Wałęsy zerwaliśmy całkowicie kooperację z ZSRR. Stocznie pracowały tylko dla Związku Radzieckiego. Nagle nie było zleceń, więc prezydentura Wałęsy była bardzo ciężka. Ministrem finansów był Balcerowicz i mówiliśmy o tym, że reformy nie poszły tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Głównie chodziło o państwowe gospodarstwa rolne, którym nie pomogliśmy. Lech Wałęsa próbował prywatyzacji po słynne 100 milionów dla każdego. Oczywiście nie udało się, ponieważ nie miał zaplecza politycznego, nie posiadał przedstawicieli w sejmie tak jak inni prezydenci. Będąc prezydentem bezpartyjnym o tyle trudniej było mu realizować program, który głosił w kampanii wyborczej.
-Z ramienia AWS-u był Pan posłem w latach 2000-2001. Gdy powstawała Platforma Obywatelska w 2001 roku.poparł Pan inicjatywę Macieja Płażyńskiego, Andrzeja Olechowskiego i Donalda Tuska, która w 100% nie była gwarantem sukcesu. Czy nie żałuje Pan swojej decyzji?
Kiedy kandydowałem z listy AWS, nie byłem kandydatem Solidarności tylko „Bezpartyjnego Bloku Wspierania Reform”, który utworzyliśmy jako zaplecze dla Lecha Wałęsy w walce o drugą kadencję i kiedy objąłem mandat po Franciszce Cegielskiej nie wstąpiłem do klubu AWS-u, tylko byłem posłem niezależnym. Jakieś 3-4 miesiące przed końcem kadencji zacząłem namawiać Macieja Płażyńskiego, aby już utworzyć klub parlamentarny Platformy Obywatelskiej, dlatego, że już wtedy było dużo posłów niezależnych, ok. 100-150. I z AWS-u występowali posłowie i z Unii Wolności, ponieważ już wtedy wystąpiła z koalicji. Podjąłem taką decyzję i namawiałem marszałka Płażyńskiego, aby już powołać klub, żeby już był zaczyn, a społeczeństwo „oswoiło” się z nazwą Platforma Obywatelska. I powiem szczerze, że udzielając wywiadów w gazetach używałem nazwy: poseł Platformy Obywatelskiej. Także jestem pierwszym posłem, który udzielał wywiadów pod taką nazwą. Samą przynależność do PO jako partii sfinalizowałem w 2006 roku. Dopiero wtedy wypełniłem deklarację, chociaż wcześniej na zjeździe zwolenników Platformy, który miał miejsce w hali Olivii, wypełniłem deklarację poparcia. Natomiast byłem również szefem Solidarności w Stoczni Gdańskiej i nie chciałem łączyć działalności związkowej z polityczną. Jak pamiętacie Platforma była na początku ruchem społecznym, nie była partią polityczną i nie korzystała ze środków finansowych. To była opcja Maćka Płażyńskiego, że będziemy ruchem społecznym, a w związku z tym nie mieliśmy dostępu do środków z budżetu.

A jak ocenia Pan rządy Donalda Tuska w porównaniu do rządów premiera Buzka?
W czasie rządów premiera Buzka i Mariana Krzaklewskiego byłem działaczem związkowym i zasiadałem w sejmie. Do południa maszerowaliśmy pod sejm i krzyczeliśmy: „złodzieje”, a po południu siadaliśmy do przycisków i głosowaliśmy za reformami, więc to było zaprzeczenie samym sobie. Na konto rządów Jerzego Buzka na pewno można zapisać reformy, udaną reformę samorządową, to Buzkowi wyszło najlepiej. Ale oprócz tego próbowaliśmy reformy służby zdrowia. Te reformy, które wprowadzał Jerzy Buzek pozytywnie zapisały się w historii. Myślę, że gdyby nie było działań związków zawodowych, gdyby to była partia polityczna, to nie przegrałaby wyborów. Natomiast jak wiadomo, AWS, mimo, że miał ok. 200 posłów, w następnych wyborach nie dostał się do parlamentu, a więc społeczeństwo oceniło rządy Jerzego Buzka tragicznie. Ale te reformy, cztery reformy, które przeprowadził, dla rozwoju Polski okazały się bardzo dobre.
Kto według Pana był najlepszym premierem od czasów obalenia komunizmu?
Ja postawiłbym na Tadeusza Mazowieckiego. Miał On najtrudniejszy okres, za Jego rządu były największe reformy ustrojowe. Musimy pamiętać w jakich warunkach działał, jak był tworzony Jego rząd. Jedyne czego żałuję, to, że po przegranych wyborach ze Stanem Tymińskim, podał rząd do dymisji. Nie powinien podchodzić do tego emocjonalnie i swoją decyzją zaszkodził Polsce. Lech Wałęsa powiedział: „Panie Tadeuszu, ciągniemy ten wóz dalej, ja jestem prezydentem, a Pan premierem. Ja się na Pana nie obrażam, graliśmy czysto”. Sądzę, że dziś Tadeusz Mazowiecki żałuje swojej decyzji, bo to spowolniło Polskę jeśli chodzi o kontynuowanie reform.

Kiedy w Polsce był system komunistyczny, Polacy zawsze marzyli, aby pójść na wolne wybory. Dlaczego w takim razie obywatele tak niechętnie chodzą na wybory, jest bardzo słaba frekwencja? Najwyższa frekwencja wyniosła 63% w pierwszych wyborach.
Tak to już jest, kiedy coś jest zabronione to ludzie będą się tego domagali, a kiedy to prawo się zmieni, a zmieniliśmy, że wybory są demokratyczne i nie ma tego strachu jak za komunistów. Mimo, że był system komunistyczny to na wybory chodziło na pewno 90%, jestem tego pewien. Ludzie się bali, że jak nie odznaczą ich na liście, to nie wiadomo kto to sprawdza. Ja sam pamiętam wybory w maju lub czerwcu 1981 roku, na które nie poszedłem. Mieszkałem wtedy w Sopocie na kwaterze w domu jednorodzinnym z kolegami ze stoczni. Była godzina 18,19, podjeżdża nyska milicyjna pod ten domek, nas tam mieszkało sześciu. I panowie milicjanci zapraszają, że podwiozą. Ja mówię, że absolutnie się nie wybieram, na co kolega „wzorek” Mirek, który pracował w transporcie stoczni powiedział: „A ja bardzo chętnie skorzystam”, bo się po prostu bał. Tak to wyglądało. Panowało przekonanie, że na wybory trzeba iść. Ludzie się bali i chodziło 90%. Dziś ludzie się nie boją, uważają, że to jest ich przywilej i sądzą, że jeżeli nie pójdą to w taki sposób zaprotestują. A ja uważam, że gdyby poszli i zaznaczyli wszystkich to dopiero wtedy ich protest zostałby zauważony. Widzą, ktoś wygrał jednym, dwoma czy dziesięcioma głosami. To jest namacalne, że trzeba iść i zagłosować . Dlaczego nie chodzą? Po pierwsze to lenistwo, ponieważ trzeba wyjść z domu.
Może to też kwestia zaufania do instytucji sejmu?
Nie. Myślę, że jeśli sejm jest oceniany jako jedna z gorszych instytucji; jeśli ktoś dostaje 160 tysięcy głosów do sejmu, a marszałek Płażyński dostał ok.240 tysięcy głosów; więc ta ocena ludzi jest kształtowana przez „Szkło kontaktowe”, gdzie pokażą Stefana Niesiołowskiego albo Antka Macierewicza. Do społeczeństwa nie dociera obraz pracy w sejmie, jak się pokazuje komisję, w której jest praca, a nie na tej dużej sali gdzie jest tylko ręka w górę, ręka w dół, praca jest w komisjach. Jeżeli widzieliście ostatnią komisję spraw zagranicznych, gdzie przesłuchiwano ministra Sikorskiego, bardzo emocjonalną. Ludzie na to patrzą i mówią: „przecież oni tam się tylko kłócą”. Ale są komisje, których się nie pokazuje, teraz będzie taka transmisja w internecie, będzie dokładnie widać jak 30-40 posłów siedzi na komisjach, jak się spierają, nanoszą poprawki, jak przygotowują ustawę, więc tego społeczeństwo nie widzi. Bo to jest „fajnie” pokazać jak poseł przemawia do pustej sali i wygłasza oświadczenie. Ja w życiu nie wygłoszę takiego oświadczenia, wolę je zanieść na piśmie i złożyć u marszałka, ponieważ szkoda czasu, aby wygłaszać oświadczenia do pustej sali. Jak zobaczycie przekładanie się notowań rządu i parlamentu, to parlamentu zawsze są gorsze. Dlaczego społeczeństwo ma zarzuty do parlamentu, skoro większość ustaw przedkłada rząd, a nie posłowie. Rząd ma program, przedkłada ustawy, a posłowie są za albo przeciw. Chyba, że posłowie poparli ustawę, a prezydent zawetował i „wyrzucił do kosza” – tak jak moją ustawę o nasiennictwie. Dopatrzono się, że chodzi o GMO, to lepiej ją odrzucić. Tylko po co myśmy nad nią pracowali? I tego społeczeństwo nie wie, stąd jest ta negatywna ocena. Jeśli chodzi o wybory to one się nie różnią między sobą. Frekwencja jest podobna, a przecież radnych mamy pod okiem. Myślę, że to wynika z lenistwa i robienia na złość. Ale narzekać…
-…każdy potrafi…
Znam takich ludzi, którzy narzekają, ale nie wybierali…Trzeba było iść i skreślić. Może by nie rządził.
Jak dzisiaj interpretuje Pan pojęcie Solidarności, w porównaniu z rokiem 1980?
Porównać jest bardzo trudno. Tamta Solidarność powstawała przeciwko komunizmowi. 10 milionów ludzi, w tym robotnicy, profesorowie, bezrobotni. Był jeden cel. Walczyć z komunizmem, wywalczyć jak najwięcej praw. Wszyscy byliśmy traktowani jednakowo, mieszkaliśmy w blokach, falowcach. Zarobki były porównywalne, wszyscy mówili, że mamy takie same żołądki i powinniśmy tyle samo zarabiać. Łatwiej wtedy było walczyć. Solidarność musiała się zmienić, kiedy wywalczyliśmy wolność. Powstało 150 partii politycznych, a do założenia związku zawodowego wystarczyło 15 osób. Solidarność była potrzebna do walki z komunizmem i dobrze się stało, kiedy prezydentem został Lech Wałęsa i stwierdził, że związek nie może zajmować się polityką. Dzisiaj musimy zapomnieć o Solidarności z lat 80`. Żyjemy w innym świecie, w innym ustroju. Dzisiaj Niezależny Samorządny Związek Zawodowy funkcjonuje jako hasło. Jak związek organizuje akcję to nawet w samym związku nie ma solidarności. Stoczniowcy Stoczni gdańskiej kłócą się ze stoczniowcami ze Stoczni gdyńskiej, bo to jest wolny rynek. Jeśli oni wezmą statek to my nie weźmiemy. Jest konkurencja, więc nie ma mowy o solidarności. Pod hasłem Solidarność ludzie chcą realizować ideały Sierpnia 80` lub do nich nawiązują. Lech Wałęsa w roku 1990 proponował, aby schować sztandar Solidarności dla potomnych i nazywać związki zawodowe inaczej. Kiedy dzisiaj widzimy strajkującą pielęgniarkę, która nie obsługuje chorego, tylko trzyma flagę Solidarności, to jaka to solidarność ?! W Sierpniu tego nie było, mimo, że strajkowały duże zakłady pracy, to nie strajkowała służba zdrowia, zaopatrzenie. Do głowy nam nie przyszło, żeby te instytucje, które obsługują ludzi chorych, strajkowały. Dzisiaj lekarze odchodzą od pacjenta i to z flagą Solidarności. To jest bezczeszczenie idei Sierpnia. Solidarność dzisiaj jest nieporównywalna do tej z roku 1980, ale jest najlepszym związkiem w Polsce, który upomina się o ludzi.

Jakie wydarzenie po roku 1989 uważa Pan za kluczowe w rozwoju Polski?
Było kilka takich wydarzeń. Na pewno wyprowadzenie wojsk radzieckich z Polski, bez „wystrzału”. Także przystąpienie do NATO, Unii Europejskiej. To są te wydarzenia, które zagwarantowały Polsce stałe miejsce w demokratycznej Europie.
Wspomina Pan o Unii Europejskiej, NATO. Czy po wejściu do tych organizacji udało się Polsce dogonić kraje Europy zachodniej pod względem gospodarczym, czy poziomu życia ludzi ?
Jak dzisiaj widzimy Grecję, Hiszpanię, Portugalię, czy Włochy, to jeżeli chodzi o naszą gospodarkę i przemysł, który do roku 1990 był nastawiony na produkcję dla Związku Radzieckiego, to gdybyśmy 10 lat wcześniej zaczęli produkować dla zachodu, pewnie byśmy szybko ten dystans zmniejszyli. Ale nam w roku 1990 zawalił się cały rynek. Dzisiaj, nasza gospodarka jest oparta na eksporcie, głównie do Niemiec. Jeśli chodzi o poziom życia to jeszcze może potrwać zanim  będziemy mieli porównywalne emerytury, świadczenia, usługi lekarskie, takie jak są w Niemczech, czy nawet w zadłużonych Włoszech. To już nie jest tak jak za władzy ludowej, kiedy zarabialiśmy 25 dolarów, a dzisiaj zarobki na niektórych stanowiskach są nawet wyższe niż za granicą. Dzisiaj nasi prezesi banków, czy prezesi dużych koncernów, prywatnych firm, zarabiają podobne pieniądze. Zwiedziłem Stany Zjednoczone, byłem w Europie i co do poziomu życia, nie mam żadnych kompleksów. Widziałem jak tam żyją rodziny, jak wygląda bieda, nieraz większa niż w Polsce.

Jak ocenia Pan relacje Polski ze Stanami Zjednoczonymi, Rosją, czy Niemcami, w kontekście doświadczeń ubiegłych lat?
Do Amerykanów zawsze byłem nastawiony z dystansem. Ameryka Północna nie ma w Polsce żadnych interesów. To co dla nas było najważniejsze to prezydentura Ronalda Reagana, który dość zdecydowanie domagał się praw wolnościowych dla Polaków. Nigdy jednak nie wierzyłem w to, że Amerykanie jakoś specjalnie zaangażują się dla Polski. Dla nich Polska to jeden „mały stan” i oni tutaj nie widzą swoich interesów. Jeżeli będzie solidarność w Unii Europejskiej i będziemy występować w rozmowie z Amerykanami, nie jako Polska, Włochy, czy Francja, tylko jako jedna instytucja, to Stany Zjednoczone będą nas traktowały poważnie. Natomiast, jeśli będziemy prowadzili politykę prowadzoną przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, czy premiera Jarosława Kaczyńskiego, to widzimy czym to się kończy. My Polacy od lat jesteśmy zafascynowani Ameryką…

-…amerykański sen…
Od pokoleń emigranci wyjeżdżali do Ameryki za chlebem. Dzisiaj nie ma takiej potrzeby. Jak ktoś jest dobrym fachowcem, to wie, że w Polsce też zarobi podobne pieniądze. Jeśli Amerykanie zapowiadają, że zniosą wizy, to nie będzie takiego zapotrzebowania i wcale ten ruch do Stanów Zjednoczonych się nie zwiększy.
A relacje z Rosją na szczeblu politycznym?
Wychowałem się wśród Rosjan. Pochodzę z Białogardu. Stosunki z Rosjanami bywały różne. Poznałem ich mentalność i jako indywidualni ludzie są wspaniali i przyjaźni. Podczas zachodzących przemian, kiedy słyszałem skrajnie prawicowe opinie, to uważałem to za totalny błąd. Rosja to potężny kraj i nasze towary, jak produkty rolne, czy mięsne możemy sprzedać Rosjanom. Największy zbyt tych towarów mamy do Rosji. I to, co Kaczyńscy próbowali prowadzić wobec Rosjan, dzięki Bogu naprawiła Platforma. Po zwycięstwie PO te stosunki z Rosją udało się naprawić. To co zrobił Donald Tusk, że udało mu się ściągnąć premiera Rosji, który przyklęknął na grobach katyńskich, jest wielkim wydarzeniem. Wydawało się, że już te stosunki z Rosją będą dobre jak nigdy. Niestety wydarzyła się tragedia smoleńska i na dziś  nie są już takie „ciepłe”. Potrzeba czasu, aby te stosunki były jeszcze lepsze.
W takim razie co z gazociągiem północnym?
Nie ma pretensji do Rosji, ani do Niemiec. Jeśli bywały takie buńczuczne zapowiedzi, że my to zastopujemy i z wami nie będziemy rozmawiać.
Czyli jest to skutek złych relacji?
Tak. Niemcy, jak i Rosjanie ustalili, że zrobią to poza Polską. Z tego co pamiętam to na początku proponowali Polsce udział w budowie tego gazociągu i to przez polskie tereny. Każdy kraj jest odpowiedzialny za swoje interesy i bezpieczeństwo energetyczne. Port w Świnoujściu powstaje po to, aby się uniezależnić.
Jak ocenia Pan prezydencję Polski w Radzie Unii Europejskiej?
Oceniam ją bardzo pozytywnie. Nie tylko przez pryzmat Polski. Słyszeliśmy podziękowania od przewodniczących różnych partii w Europarlamencie. To nie jest to co próbują wmówić partie opozycyjne, że jesteśmy liberałami i nie widzimy potrzeb ludzi. Nie tylko ja, ale również przywódcy krajów Unii Europejskiej bardzo dobrze oceniają nasze przewodnictwo, pomimo kryzysu.
Jak ocenia Pan wynik Ruchu Poparcia Palikota w jesiennych wyborach parlamentarnych?
Uczestniczyłem w tej kampanii, więc wiele razy miałem możliwość rozmowy z ludźmi. Kiedy rozdawałem ulotki pod Uniwersytetem Gdańskim, to byłem trochę zasmucony, pytając studentów na kogo będą głosowali. Odpowiadali, że na Palikota. Nie potrafili mi powiedzieć dlaczego, tylko pytali czy jestem za legalizacją marihuany, za opodatkowaniem Kościoła. To nie są ważne tematy dla Polski.  Dzisiaj jest gospodarka, jest kryzys. Nie interesowały ich te sprawy. Tak samo było na Politechnice Gdańskiej. Byłem zaszokowany tymi młodymi ludźmi, z wydziałów inżynierskich. Też deklarowali, że będą głosować na Palikota, bo on jest za opodatkowaniem Kościoła, za legalizacją używek.
-Palikot jest populistą?
Jest populistą, ale jeśli trafia do młodych ludzi, to jestem przerażony. Nie patrzą szerzej, a przejmą kiedyś władzę w naszym kraju. Kierowali się tak niskimi pobudkami, głosując na RPP. 10% Palikota to właśnie ludzie młodzi i ludzie, którzy odeszli od Napieralskiego i SLD. Kiedy patrzę na 40 osobowy klub w parlamencie, to zastanawiam się czy to będzie tak jak z Samoobroną, z którą porównałbym RPP. Zamiast dyskutować jak Polskę od tego kryzysu uchronić, to rozmawia się o krzyżach w Sejmie, narkotykach miękkich, związkach homoseksualnych.
-Do nas, na szczęście, Palikot nie przemawia.
Na szczęście. Macie jednak swoich kolegów, znajomych, którzy na Palikota głosowali i odpowiada im jego program…